ateista

Autor bloga:
Jerzy Bokłażec

Drugi blog:
boklazec.salon24.pl

księga gości

e-mail

rss

Jeśli chcesz być powiadamiany o nowych notkach, wpisz swój e-mail

ATEIZM - FAQ »

Ateizm na świecie »


Ciekawe strony »


Pomoce naukowe
Racjonalista
Bez Dogmatu
Towarzystwo Humanistyczne
Liberator
Homoseksualizm
Nazi photos
Zbrodnie religii
Bóg urojony


Partnerzy »



Druga strona
kaczuchowo
eliasz
kapelan
ewangelia blog
w obronie wiary
ciche marzenia
System Miłości




Spis notek
31. Krzyż wszechobecny
30. Duchowość ateistów
29. Ateiści wychodzą z ukrycia
28. Polityka i religia
27. Wolność słowa w Polsce, czyli nie wszystkim po równo
26. Nie płakałeś po papieżu? Nie mów tego głośno
25. Uczucia cenniejsze niż wolność
24. Do gazu
23. Lepszy świat - światem bez religii
22. Pisarz, prałat, wolność słowa
21. Homofobia katolicyzmu
20. O szacunku
19. Kara śmierci - meandry chrześcijańskiej moralności
18. Zło religii
17. Demokracja według papieża
16. Miłość bez zobowiązań
15. Jak kochacie ateistów?
14. Ateista zaprasza wierzących!
13. Chrześcijanin z ludzką twarzą
12. Religia albo prawda
11. Z kropką w środku
10. Kazimierz Łyszczyński - pamiętamy
9. Bogów ci u nas dostatek, czyli jałowość poznawcza religii
8. Kościół i faszyzm - ścisła współpraca
7. Kościół nie chce, żebyś o tym pamiętał
6.Trudniej będzie zapomnieć
5. O skutkach nadmiaru uczuć
4. Sajgon, bzdury i siła słów
3. Umysł z filtrem
2. W co wierzy ten, kto nie wierzy?
1. Po co ten blog?





Inne teksty ateisty

· Kościół bez polityki?
("Tygodnik Powszechny")
· Nie ma miłości bez wolności
("Rzeczpospolita")
· Święty Mikołaj w społeczeństwie otwartym
("Tygodnik Powszechny")
· Różne wiary, różne niewiary
("Więź")
· Jan Paweł II i demokracja
("Liberator")
Krzyż wszechobecny


Nikt w Polsce nie przyjmie do wiadomości, że w szkołach nie wolno wieszać krzyży. Nie ma na co liczyć. Być może gdzie indziej tak.
W Polsce - nie.


Lech Kaczyński, prezydent RP


        Europejski Trybunał Praw Człowieka uznał niedawno, że krzyże w szkołach naruszają prawa rodziców do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami oraz godzą w wolność religijną uczniów. Orzeczenie Trybunału wywołało gorącą dyskusję, do której chętnie się włączę, zwłaszcza że nadarza się ku temu okazja: pani Joanna Stanisławska z serwisu wiadomości Wirtualnej Polski zadała mi cztery pytania związane z tą sprawą i zgodziła się, abym opublikował odpowiedzi na moim blogu.

1. Czy jako ateistę drażni Pana obecność krzyży w miejscach publicznych (szkołach, urzędach, sądach etc.)?

        Obecność symboli religijnych w szkołach i urzędach nie tyle mnie drażni, co skłania do refleksji - nad tym, czym jest religia, jak działa w społeczeństwie i do czego motywuje swoich wyznawców. Dyskusja o krzyżach w szkole przypomniała mi inną debatą, sprzed mniej więcej dziesięciu lat, której tematem był krzyż stojący tuż za murem byłego obozu Auschwitz. Konstanty Gebert, ówczesny redaktor naczelny miesięcznika "Midrasz", uznał obecność krzyża w tym miejscu za niewskazaną, z dwóch powodów: Po pierwsze dlatego, że jest to największe na świecie cmentarzysko żydowskie, a zgodnie z tradycją na żydowskich cmentarzach nie powinny się znajdować żadne symbole innych religii. Po drugie dlatego, że niektóre środowiska żydowskie widzą związek między wielowiekową chrześcijańską wrogością do Żydów a hitlerowskimi zbrodniami na narodzie żydowskim. Razi je więc krzyż górujący nad byłym obozem, gdzie mordowali ludzie wyrośli w chrześcijańskiej Europie. ("Wojna krzyżowa" w: "Gazeta Wyborcza", 20.03.1998).

        Widać więc, że symbole mogą budzić różne skojarzenia, przy czym symbole religijne oprócz skojarzeń wywołują uczucia, również negatywne. A długotrwały spór wokół oświęcimskiego krzyża pokazuje, że religie - przekonane o swoim nadzwyczaj korzystnym wpływie na życie społeczne - mają wielkie problemy, by wykrzesać z siebie rozstrzygnięcie, które załagodziłoby konflikt i rozproszyło liczne złe emocje, jakie w związku z tą sprawą nagromadziły się w religijnych sercach. Problemy biorą się stąd, że religie przejawiają tendencję do traktowania relacji z innymi grupami społecznymi jako gry o sumie zerowej: jeśli chcemy coś zyskać, to inni muszą ustąpić (na przykład podporządkowując się naszym wartościom i obyczajom), a jeśli inni postawili na swoim, to znaczy, że zostaliśmy pokonani i coś straciliśmy.

        Spór wokół krzyży jest jednym z gorzkich owoców tej konfliktogennej tendencji. W szkolnej klasie, w gmachu sądu, a nawet w lokalu wyborczym - krzyż ma prawo zawisnąć, jeśli mają zostać uszanowane wartości, uczucia i prawa chrześcijan. A co z uczuciami tych, którym krzyż kojarzy się ze zbrodnią i opresją lub dla których jest oznaką triumfalnej dominacji religii, anektującej wszelkie obszary życia publicznego? No cóż, są w mniejszości, a więc muszą przegrać. Religia bywa delikatną i wrażliwą poetką, kiedy opowiada o własnych uczuciach, ale zamienia się w twardego wojownika, gdy napotyka na swej drodze uczucia obce.

2. Czy krzyże powinny być usuwane, a może powinno się zastosować jakieś inne rozwiązanie, np. takie, by obok krzyża wieszać symbole innych religii oraz niewierzących czy ateistów?

        Padają niekiedy propozycje, aby wieszać wszystko, ale trudno mi uwierzyć, że ich autorzy potrafią sobie wyobrazić wiejską szkołę na Podkarpaciu, w której wiszą zgodnie obok siebie krzyż, gwiazda Dawida i lubiany przez niektórych ateistów niewidzialny różowy jednorożec. Nawet gdyby taka ekspozycja miała szanse realizacji, to chętnie obejrzałbym ją w wielu miejscach - ale nie w szkołach, nie w urzędach. Uzasadnię ten pogląd, polemizując z opinią (a właściwie z częścią opinii) byłego prezesa Trybunału Konstytucyjnego, Jerzego Stępnia, który tak ocenił orzeczenie Trybunału w Strasburgu: Moim zdaniem ten wyrok to przejaw prawa do nietolerancji. Wolność religijna zakłada tolerancję dla innych religii. A tolerancja polega na tym, że godzimy się na wielokulturowość i wieloreligijność w przestrzeni publicznej. Nie narzucamy nikomu swoich symboli, lecz oczekujemy, że będą one tolerowane przez innych. Orzeczenie Trybunału idzie w poprzek tej filozofii. ("Tolerancja także dla krzyża", w: "Gazeta Wyborcza", 8.11.2009).

        Myślę, że oświęcimski spór ze społecznością żydowską dobrze ilustruje postawę głównego nurtu polskiego katolicyzmu wobec wielokulturowości i wieloreligijności, ale doceniam stanowisko Jerzego Stępnia w sprawie kulturowego pluralizmu. Nie zgadzam się natomiast z jego oceną decyzji Trybunału, przede wszystkim dlatego, że jest oparta na nieprawdziwej przesłance: Nie narzucamy nikomu swoich symboli.... Otóż obecność symboli religijnych w instytucjach publicznych jest właśnie takim narzucaniem, bo wszyscy - chcemy czy nie chcemy - musimy korzystać z tych instytucji. Rodzice, którym nie podobają się krzyże w klasach nie mogą nie posyłać swoich dzieci do szkoły, bo w krajach cywilizowanych, również w Polsce, dzieci podlegają obowiązkowi powszechnej edukacji. Jesteśmy skazani na wizyty w urzędach państwowych, bo każdy z nas częściej lub rzadziej musi w nich załatwiać jakieś sprawy. Niestety, bywamy też pacjentami szpitali, choć wolelibyśmy tego uniknąć. Gdy dostaniemy wezwanie do sądu, to nasza absencja nie zostanie usprawiedliwiona, jeśli uzasadnimy ją obecnością krzyża w gmachu tej instytucji.

        Przestrzeń publiczna jest ogromna i daje nam mnóstwo miejsca do swobodnego wyrażania poglądów i nieskrępowanego eksponowania symboli. Zazwyczaj możemy w niej też korzystać z naszego prawa do unikania kontaktu z nieakceptowanymi przez nas treściami czy symbolami (np. możemy nie bywać w pewnych miejscach, nie czytać pewnych książek lub gazet) - ale instytucje publiczne są specyficzną niszą tej przestrzeni, bo ze względu na spełniane funkcje stawiają nas w sytuacji przymusowej. Orzeczenie Trybunału w Strasburgu dotyczy wyłącznie tej niszy, a w zasadzie tylko jej części - szkół publicznych - a więc na podstawie tego orzeczenia nikt nie będzie burzył przydrożnych kapliczek ani usuwał krzyża stojącego na Giewoncie (takie obawy pojawiają się w internetowych dyskusjach). Trybunał zwrócił uwagę, że nieodłączną częścią wolności religijnej, gwarantowanej przez Europejską Konwencję Praw Człowieka jest wolność do niewyznawania żadnej religii, a jednym z jej elementów jest prawo do tego, abyśmy nie byli zmuszani do kontaktu z symbolami zarówno religijnymi, jak i ateistycznymi. Ateiści szanują to prawo i nie wywieszają w klasach swoich jednorożców ani liter "A". Co o tym prawie myśli dominująca religia? Z komentarzy po wyroku Trybunału wynika, że jest ono dla niej czymś egzotycznym i niezrozumiałym.

3. Czy Pana zdaniem Polska jest krajem wyznaniowym?

        Myślę, że wystarczy otworzyć oczy i rozejrzeć się wokół, by twierdząco odpowiedzieć na to pytanie. Panująca religia, wyposażona przez państwo w liczne przywileje, również finansowe, oplata swoim kokonem całe nasze życie publiczne, ma silny wpływ na instytucje państwa i kształt stanowionego w Polsce prawa. Profesor Barbara Stanosz w napisanym przed trzema laty artykule "Państwo wyznaniowe" postawiła tezę, ze w najbliższej przyszłości wyznaniowy charakter polskiego państwa będzie się potęgował, a co najmniej utrwalał. Tak się istotnie dzieje, ale z drugiej strony - być może na zasadzie reakcji - coraz bardziej widoczny jest nurt opozycyjny wobec religijnej dominacji. W ubiegłym miesiącu odbył się w Krakowie pierwszy Marsz Ateistów i Agnostyków, coraz więcej osób zainteresowanych jest apostazją, badania pokazują spadek społecznego zaufania do Episkopatu i księży. Jeśli ten nurt nadal będzie się umacniał, to być może znajdzie się jakaś siła polityczna, która zechce zabiegać o jego poparcie. A wtedy zwiększą się szanse na osłabienie wpływów instytucjonalnej religii w naszym państwie.

4. Czy wyrok wpłynie na polską rzeczywistość i czy pojawią się pozwy z Polski?

        Czas przyniesie odpowiedź na to pytanie. Na razie orzeczenie Europejskiego Trybunału pomaga katolickim hierarchom w realizowaniu strategii oblężonej twierdzy, o czym świadczą efektowne hiperbole w ich komentarzach: zamach na wolność religijną, próba wyparcia religii z życia publicznego, dyktatura relatywizmu, kwestionowanie roli chrześcijaństwa w ukształtowaniu europejskiej tożsamości.

        Dla mnie ważne i cenne jest to, że toczy się dyskusja, bo moim zdaniem swobodna wymiana poglądów bardziej sprzyja zmianie postaw społecznych niż wyroki sądów (choć znam odmienne opinie na ten temat). Poza tym przymus prawny, zakazy i nakazy - to tradycyjne metody religii, po które sięga ona instynktownie, odruchowo i naturalnie. To nie są metody, którymi sam chciałbym się posłużyć, mimo że argumentację Trybunału uważam za uzasadnioną. Sąd może zmusić do usuwania krzyży ze szkół, ale ja bym wolał, by zostały one zdjęte - dobrowolnie i z pełnym przekonaniem - przez tych, którzy je zawiesili.

***

Więcej o sporze wokół krzyża na moim drugim blogu: boklazec.salon24.pl



ateista 2009-11-11 21:57:43
skomentuj (134), a wcześniej zajrzyj na stronę Ateizm - FAQ

Duchowość ateistów


To wiara w bliźniego i respekt przed bliźnim czyni nasze czasy najlepszymi ze wszystkich, jakie znamy; wiara, której autentyczności dowiodła gotowość do ponoszenia ofiar. Wierzymy w wolność, bo wierzymy w naszych bliźnich.

Karl Raimund Popper,
„W co wierzy Zachód?”


        W najnowszej „Polityce” (nr 45) można przeczytać obszerny raport pt. „Cyberobywatele”, poświęcony różnym formom życia społecznego w Internecie. Autor artykułu Marcin Kołodziejczyk, szukając osób działających w cyberprzestrzeni trafił również do mnie. Wprawdzie o ateizmie zamieniliśmy tylko parę słów, ale w tekście pojawił się adres ateista.blog.pl, co od kilku dni owocuje zwiększoną liczbą wizyt na moim blogu. Witam więc nowych gości i myślę, że ich odwiedziny są dobrą okazją do kilku przypomnień i podsumowań oraz ogólniejszych rozważań o postawach ateistów. Zacznę od wyjaśnienia dwóch nieporozumień, które wciąż powracają w rozmowach na temat ateizmu.

Ateizm nie jest nihilizmem

        Jedna z moich młodych czytelniczek napisała, że bardzo mi współczuje, ponieważ ateiści w nic nie wierzą i to musi być straszne. Zapytałem, skąd o tym wie. Przyznała, że od szkolnej katechetki. Uspokoiłem ją i zapewniłem, że ateiści mają w sobie wiele różnych wiar (ja na przykład wierzę w siebie), nie wierzą jedynie w bogów lub, mówiąc ogólniej, w byty nadprzyrodzone. Ale przecież osoby religijne też nie wierzą w zdecydowaną większość takich bytów. Na przykład chrześcijanin podziela niewiarę ateisty w Jowisza, Allacha, Mitrę, Wisznu, Izydę, Swarożyca, Dobre Mzimu i parę tysięcy pozostałych bogów, czyniąc tylko jeden wyjątek, przedziwnym trafem niemal zawsze dla boga, w którego wierzą jego rodzice lub wychowawcy. Ateista zaś idzie tylko o jeden krok dalej. Różnica niby niewielka, ale jak się okazuje, znacząca.

        Warto też zwrócić uwagę na wieloznaczność słowa „wiara”. Cechy wiary religijnej wyróżniają ją spośród wszystkich innych wiar. Na przykład gdy osoba religijna mówi „wierzę w Boga” znaczy to, że wierzy w istnienie tego boga; natomiast wyznanie „wierzę w siebie” nie jest formą deklaracji wiary we własne istnienie. Większość nieustannych (i niepotrzebnych) sporów na temat „wiary” ateistów rodzi się właśnie z nieporozumień językowych.

Ateizm nie jest religią

        Często w dyskusjach słyszę, że ateizm jest religią albo czymś w rodzaju religii. Nie wiem, dlaczego niektórym osobom wierzącym tak bardzo zależy na przeforsowaniu tego poglądu (bo przecież z ich punktu widzenia atrybut religijności powinien wielce dowartościować ateizm), ale zamiast głowić się nad tą tajemnicą po prostu wykażę, że ateizm z religią nie ma nic wspólnego.

        Tak jak wspomniałem, ateiści mogą wierzyć w wiele różnych rzeczy, ale nie wystarczy w coś wierzyć, żeby wyznawać religię. Można nawet wierzyć w Boga i nie wyznawać żadnej religii – jest się wtedy deistą. W Wikipedii czytamy: „Deiści odrzucają głoszone przez wyznawców religii monoteistycznych przekonania religijne, w myśl których objawienia, cuda, proroctwa i święte księgi posiadają faktyczną wartość poznawczą”. A więc w tym punkcie deiści w pełni zgadzają się z ateistami, ponieważ jedni i drudzy nie mają przekonań religijnych.

        Ale może ateizm jest jakąś pseudoreligią lub religią w bardzo szerokim tego słowa znaczeniu? Nic z tych rzeczy, ateizm nie jest nawet ideologią ani doktryną, bo nie zawiera nie tylko żadnego systemu wierzeń lub przekonań, ale w ogóle niczego nie zawiera. Nie jest „czymś”, lecz raczej brakiem czegoś – brakiem wiary religijnej. Jest a-teizmem – brakiem teizmu. Słowo „brak” nie musi brzmieć pejoratywnie; na przykład zdrowie jest brakiem choroby (nie istnieją wirusy lub bakterie zdrowia), ale nikt nie cierpi z powodu tego braku i nie pragnie go niczym wypełnić.

        Zwolennicy tezy głoszącej, że „ateizm to przecież też religia” najczęściej popełniają błąd polegający na tym, że wiążą ateizm w sposób konieczny z jakimiś przekonaniami, np. racjonalizmem, materializmem czy krytycyzmem poznawczym. Ateizm bywa kojarzony z takimi postawami, bo sprzyja ich rozwojowi i często z nimi współwystępuje, ale to nie znaczy, że jest z nimi nierozerwalnie związany. Pojęcie ateizmu nie posiada bowiem żadnych konotacji oprócz braku wiary w bogów, ma zatem bardzo ubogą treść i jest to jego wielka zaleta.

Cenne ubóstwo

        Wartość niebogatego pojęcia ateizmu ujawnia się wyraźnie w dziedzinie społecznej moralności. Ku nieszczęściu rodzaju ludzkiego, tę dziedzinę tradycyjnie kolonizują religie, sięgając po przemoc, przymus lub dyskryminację. Osoby wierzące zazwyczaj bagatelizują zło religii, mówiąc, że każda idea, każdy pogląd może pchnąć ludzi do czynów niegodziwych. Ale czy na pewno każdy? Czy znamy przypadki systematycznego mordowania ludzi przez zorganizowane grupy miłośników opery, zwolenników teorii heliocentrycznej, propagatorów wegetarianizmu? Nie możemy wprawdzie wykluczyć, że nigdy nie popełniono żadnej zbrodni w imię zdrowego trybu życia, teorii Kopernika czy muzyki Mozarta, jednak takie fakty raczej nie są liczne, a już na pewno nie mają one charakteru społecznego i systemowego – a taką właśnie naturę ma religijna przemoc.

        Historia uczy, że jest pewna grupa przekonań szczególnie sprzyjających złu – są to przekonania, które u osób je podzielających rodzą postawę wyznawcy. Zaliczyłbym do tej grupy przede wszystkim postawy religijne, a także parareligijne (np. wiarę w zbawczą rolę klasy robotniczej lub w wyższość rasy aryjskiej). Wspólną cechą tych postaw jest akceptacja jakiejś teorii zbawienia, religijnej lub świeckiej.

        Ateizm sam w sobie nie rodzi takich społecznych skutków, bo nie podaje niczego „do wierzenia”, nie przedstawia żadnego systemu idei, nikomu nie proponuje zbawienia – w tym sensie jest postawą „negatywną” i „ubogą”. Natomiast przemoc lub dyskryminacja w szerokiej skali społecznej wyrastają z postawy „pozytywnej” i „bogatej”: przyjęcia pewnego zespołu zbawczych wierzeń, które nie tylko można, ale zdaniem wyznawców nawet trzeba narzucać innym ludziom (niekiedy mieczem, a w czasach spokojniejszych na przykład poprzez zapis w ustawie o radiofonii i telewizji o obowiązku respektowania wartości chrześcijańskich).

        Jest więc tak, że sam brak wiary w bogów niczego ludziom nie zapewnia ani nie gwarantuje, ale też niczego im nie dyktuje ani do niczego nie zmusza. Otwiera natomiast przed nimi wiele cennych i ważnych możliwości, zamykanych lub mocno ograniczanych przez religię. Napisałem o tym krótko w pierwszy punkcie mojego FAQ – osoby wierzące zwykle ze zdziwieniem czytają, że ateizm stwarza warunki dla rozwoju głębokiej duchowości. Ale nie ma w tym niczego dziwnego.

Głęboka duchowość

        Według „Słownika języka polskiego” PWN, duchowość to rzeczownik utworzony od przymiotnika duchowy. Ten przymiotnik ma dwa znaczenia: pierwsze odnosi się do wszystkiego, co związane z umysłem, myślą, uczuciami, z moralnością, a także z życiem intelektualnym i kulturalnym; drugie znaczenie obejmuje to, co ma związek z duchem lub duszą w znaczeniu religijnym.

        Gdy mówię o głębokiej duchowości, którą mogą rozwinąć w sobie ateiści, mam na myśli pierwsze znaczenie. Christopher Hitchens w książce „Bóg nie jest wielki” tak pisze o ateistach: Nie jesteśmy odporni na urok i powab cudu, tajemnicy objawienia i bogobojnej trwogi. Mamy jednak muzykę, sztuki piękne i literaturę. Dochodzimy też do przekonania, że poważne dylematy natury etycznej są przedstawione lepiej w dziełach Szekspira, Tołstoja, Schillera, Dostojewskiego i George’a Eliota niż w mitycznych opowieściach i moralitetach zawartych w świętych księgach. Literatura, nie Pismo Święte krzepi umysł i – ponieważ nie istnieje inna metafora – również duszę.

        Ateizm idzie w parze z rozwojem intelektualnym – okazuje się np. że w religijnym społeczeństwie amerykańskim zdecydowana większość członków Narodowej Akademii Nauk to ateiści (źródło); jest bardziej otwarty na zróżnicowanie kulturowe niż religia (pisałem o tym w poprzedniej notce) i najwyraźniej nieźle chroni przed demoralizacją – np. w Stanach Zjednoczonych odsetek ateistów wśród więźniów jest znacznie mniejszy niż odsetek ateistów w całym amerykańskim społeczeństwie (źródło).

        Oczywiście duchowość w sensie intelektualnym, kulturalnym, moralnym dostępna jest dla wszystkich i osoby wierzące również z niej korzystają, w różnym stopniu. Myślę, że właśnie dzięki tej duchowości ksiądz Jan Kracik z zażenowaniem przyjmuje katolicki kult plastikowej lalki – ale dla innego katolika, publicysty Szymona Hołowni krytyka tego kultu jest przejawem „inteligenckiego totalitaryzmu”. Chyba właśnie głęboka duchowość sprawiła, że przed dwoma laty Tadeusz Bartoś, wówczas dominikanin (znamienne, że niedawno zrzucił habit) potępił zakaz Parady Równości w Warszawie – ale ściągnął na siebie gniew wielu swoich współwyznawców.

        Niekiedy odnoszę wrażenie, że umysły wielu osób wierzących są polem bitwy, na którym duchowość głęboka ściera się z duchowością religijną – dogmatyczną, hamującą samodzielne myślenie, osłabiającą empatię, skłaniającą do stosowania przymusu wobec innych ludzi. Ateiści nie muszą prowadzić tej wewnętrznej walki. Nie znaczy to, że z góry dane jest im duchowe oświecenie, natomiast mają czyste przedpole tam, gdzie ludzie religijni muszą przebijać się przez gąszcz archaicznych wierzeń, zakazów i nakazów, zanim znajdą jakieś ziarno prawdy o świecie lub zdecydują się na zwykły odruch solidarności z drugim człowiekiem.

        ***

        Wspomniałem o książce Christophera Hitchensa „Bóg nie jest wielki”. Niedawno została wydana w Polsce, można ją kupić w księgarniach internetowych. Po „Bogu urojonym” Richarda Dawkinsa jest to kolejna książka napisana przez ateistą, przedstawiająca faktyczną – a nie zmitologizowaną – rolę religii w społeczeństwie.
        Hitchens nie jest uniwersyteckim naukowcem (choć ukończył filozofię, politologię i ekonomię na Oxfordzie), lecz pisarzem, dziennikarzem i korespondentem zagranicznym, znawcą wielu kultur i religii, nie tylko chrześcijaństwa. Pisze więc z innej perspektywy niż Dawkins i dlatego jego książka nie jest powieleniem, lecz raczej ciekawym dopełnieniem i rozwinięciem „Boga urojonego”. Polecam.


ateista 2007-11-11 21:01:55
skomentuj (590), a wcześniej zajrzyj na stronę Ateizm - FAQ

Ateiści wychodzą z ukrycia


Oczywiście, można powiedzieć, że wszelka próba zorganizowania ateistów byłaby równie daremna, jak nakłanianie kotów do życia w stadzie, jako że ateizm łączy się zazwyczaj z niezależnością myślenia i niechęcią do podporządkowania się czemukolwiek. Być może jednak pierwszym krokiem we właściwym kierunku byłoby stworzenie „masy krytycznej” tych, którzy gotowi są głośno powiedzieć: „Tak, jestem ateistą!”, i dać innym dobry przykład. Koty bez wątpienia nie są zwierzętami stadnymi, lecz jeśli zbiorą się do kupy, trudno ich nie usłyszeć.

Richard Dawkins,
„Bóg urojony”


        Ostatnią, czerwcową notkę zakończyłem z nadzieją, że książka „Bóg urojony” Richarda Dawkinsa (w Polsce stała się bestsellerem, podobnie jak w Ameryce) być może przyspieszy procesy społeczne, które zbliżą nasz kraj do zachodniej Europy pod względem postaw wobec religijnej wiary i niewiary. Minęły cztery miesiące i już widać oznaki ożywienia. Choć zewnętrzna skorupa oficjalnej pobożności najwyraźniej twardnieje (umacnia się sojusz tronu z ołtarzem, stopień z religii jest wliczany do średniej ocen, słyszymy o kolejnych cudach Jana Pawła II), to jednak gdzieś w głębi – na razie nie zauważany przez główne telewizje i nie uwzględniany przez polityków w ich wyborczych kalkulacjach – coraz żwawiej płynie nurt wolnej myśli.

        Namacalnym dowodem rosnącej aktywności osób niereligijnych jest sukces kampanii społecznej, znanej jako Internetowa Lista Ateistów i Agnostyków. Lista, na której od lipca zanotowano już ponad osiem tysięcy wpisów, wywołała falę zainteresowania ateizmem, mierzoną sporą liczbą artykułów w gazetach, czasopismach i w Internecie. Ku mojemu zaskoczeniu, fala dotarła również do mnie – porwała mnie swoim impetem i osadziła w jednym z sześciu foteli przed kamerami nowej stacji telewizyjnej Religia.tv.

        Otóż kilka dni temu zostałem zaproszony do udziału w „religijnym talk-show” Szymona Hołowni, aby w gronie wierzących i niewierzących porozmawiać o ateizmie w Polsce. Ekipę ateistów tworzyli: dziennikarz „Polityki” Marcin Rotkiewicz (polecam jego tekst o moralności ateistów), założyciel serwisu apostazja.pl Jarosław Milewczyk i ja. Partnerowali nam w dyskusji, oprócz gospodarza programu, publicysta „Rzeczpospolitej” Tomasz Terlikowski i dominikanin o. Michał Paluch. W drugiej części na scenę weszli Piotr Najsztub i Roman Kurkiewicz (obaj z „Przekroju”) i opowiedzieli o swoim ateizmie. Na trybunce dla publiczności zasiadł ładny chór żeński, który w przerwie zaśpiewał piosenkę o Bogu.

        Program nie był nadawany na żywo – został nagrany i pojawi się na antenie po zmontowaniu, a więc jeszcze nie wiadomo, jaki będzie miał ostateczny kształt. To pierwszy, formalny powód, dla którego nie będę szczegółowo opowiadał o dyskusji. Drugi powód jest merytoryczny: przypuszczam, że czytelników mojego bloga ta opowieść mogłaby nie zaciekawić. Okazało się bowiem, że konwencja talk-show pozwoliła dyskutantom jedynie prześliznąć się po powierzchni ważnych spraw. Krótkie, urywane wypowiedzi, szybkie riposty i dowcipne puenty stworzyły ruchliwy, trochę chaotyczny spektakl, który – w moim odczuciu – dostarczy telewidzom więcej wrażeń i emocji niż powodów do głębokiego namysłu.

        Mimo tych zastrzeżeń cieszę się, że taka rozmowa w ogóle się odbyła, że telewizja Religia.tv zaprosiła ateistów, choć nie musiała. Mieliśmy okazję, żeby przedstawić swoje poglądy, co prawda wycinkowo i pobieżnie, ale lepiej zaistnieć w ten sposób niż wcale. Telewidzowie zobaczą ludzi, którzy nie tylko nie czują się gorsi i upośledzeni, lecz przeciwnie, są dumni ze swojego ateizmu. Dla niektórych gości była to nowa rola – po programie rozmawiałem chwilę z Piotrem Najsztubem, który przyznał, że po raz pierwszy wystąpił publicznie nie jako dziennikarz, lecz jako ateista.

        Okazuje się więc, że w ojczyźnie Karola Wojtyły i Tadeusza Rydzyka ateiści mogą być zauważani i traktowani jako partnerzy – jeśli tylko sami dadzą o sobie znać, jeśli będą otwarcie mówili o swojej niewierze, jeśli podejmą wspólne działania, na przykład prowadząc kampanię w Internecie. Niekiedy słyszę narzekania zniechęconych osób niewierzących, że w ultrakatolickiej Polsce nic się nie da zrobić na rzecz ateizmu. Ale być może da się zrobić więcej, niż nam się wydaje.

Dyskryminacja, podwójna miara i wrażliwość etyczna

        Korzystając z pełnej swobody, jaką daje mi blog, chciałbym szerzej odpowiedzieć na jedno z pytań zadanych w telewizyjnej dyskusji: czy ateiści są w Polsce dyskryminowani? Myślę, że sam sposób postawienia problemu już o czymś świadczy – osoby religijne nie zastanawiają się, co zrobić, aby niewierzący nie byli gorzej traktowani, lecz pytają, czy w ogóle taka dyskryminacja ma miejsce.

        Wyrazicielem opinii sporej części osób wierzących jest ksiądz Artur Stopka, kiedy pod koniec artykułu na temat Internetowej Listy Ateistów i Agnostyków pisze, że nie widzi w Polsce grupy ludzi, którzy wśród krwawych prześladowań w fundamentalistycznym kraju, podobnym do Iranu lub innej muzułmańskiej republiki, mają odwagę być niewierzącymi. Nic dziwnego, że ksiądz tego nie widzi, bo ateiści nie są w Polsce krwawo prześladowani i nikt nie twierdzi, że są. Ale za ironią księdza kryje się zastanawiająca perspektywa etyczna: o gorszym traktowaniu ateistów można mówić tylko wtedy, gdy leje się krew, a więc morderstwa i tortury to najwyraźniej jedyne krzywdy, jakie da się wyrządzić niewierzącym.

        Tymczasem katalog krzywd, jakich doznają osoby religijne, jest znacznie obszerniejszy. Jan Paweł II podczas wizyty w Polsce w 1995 roku powiedział: Zauważa się tendencje do spychania [ludzi wierzących] na margines życia społecznego, ośmiesza się i wyszydza to, co dla nich stanowi nieraz największą świętość. Te formy powracającej dyskryminacji budzą niepokój i muszą dawać wiele do myślenia. Jak widać, nie trzeba uciekać się do krwawych prześladowań, aby dyskryminować wierzących i spychać ich na margines – w kraju, gdzie stanowią oni grubo ponad 90 procent społeczeństwa, a ich uczucia chronione są przepisem kodeksu karnego, w przeciwieństwie do uczuć ateistów.

        Zestawienie tych dwóch opinii katolickich duchownych ilustruje sytuację, o której pisałem już kilka razy: wiara religijna zaszczepia w swoich wyznawcach silną skłonność do stosowania podwójnej miary – innej dla swoich, innej dla obcych. Chyba tak właśnie działa religia, gdy zasiedli umysł człowieka, a więc trudno się dziwić osobom wierzącym, że nie zauważają dyskryminacji ateistów. Pobożność sprzyja rozwijaniu wspólnotowej wrażliwości na własne tabu (...to, co dla nich stanowi nieraz największą świętość, jak mówił papież), natomiast znacznie ogranicza pole widzenia krzywd wyrządzanych przez religię osobom spoza wspólnoty.

        Sięgnijmy po przykład z życia codziennego: ateistyczni rodzice często wbrew swojemu sumieniu posyłają dzieci na szkolną (a nawet przedszkolną) katechezę, bo nie chcą, żeby doznawały przykrości ze strony religijnych rówieśników lub czuły się wyobcowane, spędzając czas w świetlicy lub na korytarzu. W artykule „Nie ma szkoły bez Boga” („GW”, 13.03.2007) czytamy: Bruno poszedł do innego przedszkola. Za półtora roku zacznie mu się religia. – Cała grupa pójdzie za wesołym księdzem grającym na gitarze, a on zostanie sam w sali? Dziecko niechodzenie na religię odbierze jak zakaz, karę. Na tym polega perfidia wprowadzenia religii do szkół i przedszkoli: że nagle niewierzący rodzice jawią się własnym dzieciom jako karzący za nic.

        Rozmiary tego zjawiska wykraczają poza pojedyncze incydenty, bo jest ono skutkiem obowiązujących w Polsce uregulowań prawnych – ale dla większości polskich katolików i hierarchów Kościoła problem nie jest na tyle istotny, aby chcieli zastanowić się nad sensem prowadzenia katechezy w publicznych placówkach oświatowych i wychowawczych. Ich etyczna wrażliwość nie sięga tak daleko, by naprawdę przejęli się tym, że obecność ich religii w szkołach i przedszkolach owocuje dramatami niektórych dzieci i rodziców. Nie chcę jednak potępiać ludzi wierzących, bo oni też są ofiarami – wychowania, obyczaju, tradycji. Po prostu religia, niezależnie od głoszonych przez nią haseł, nie sprzyja rozwijaniu empatii, wrażliwości na drugiego człowieka, jeśli ten człowiek nie jest identyfikowany jako „swój”.

        Potwierdzają to obserwacje socjologów. W książce „Religijność a tolerancja. Obszary zależności” Ewa Wysocka przedstawiła wyniki swoich badań wśród studentów, dotyczących m. in. postaw wobec odmienności. Wyniki w dwóch grupach, religijnej i areliginej, są skrajnie różne. 37,2 procent studentów religijnych i 75,3 procent areligijnych ma pozytywny stosunek do odmienności. Stosunek negatywny deklaruje odpowiednio 62,8 i 24,7 procent studentów (nieco szerzej piszę o tym na moim drugim blogu, boklazec.salon24.pl). Raport CBOS ze stycznia 2007 r. na temat dystansu Polaków do przedstawicieli innych narodowości i innych religii stwierdza, że we wszystkich przypadkach najmniejszym dystansem charakteryzują się badani nieuczestniczący w praktykach religijnych lub uczestniczący bardzo rzadko.

        A więc jeśli pytamy o dyskryminację osób niereligijnych w naszym wyznaniowym państwie, to w świetle typowych postaw ludzi wierzących jest ona czymś naturalnym i chyba nieuniknionym – o ile dyskryminowani siedzą cicho. Ateistyczne ożywienie w Polsce i jego skutki (na razie niewielkie, ale jednak widoczne) zdają się wskazywać, że los niewierzących w jakimś stopniu zależy od nich samych.


ateista 2007-10-18 12:40:28
skomentuj (377), a wcześniej zajrzyj na stronę Ateizm - FAQ

Polityka i religia


MAŁPY
Adam Zagajewski

Pewnego dnia po władzę sięgnęły małpy.
Nasunęły złote sygnety na palce,
nałożyły białe, nakrochmalone koszule,
zaciągnęły się wonnymi hawańskimi cygarami,
stopy zaś uwięziły w czarnych lakierkach.
Nie zauważyliśmy tego, gdyż pochłaniały nas
inne zajęcia: ktoś czytał
Arystotelesa,
ktoś inny przeżywał właśnie wielką miłość.
Przemówienia władców stały się nieco chaotyczne
a nawet bełkotliwe, ale przecież nigdy nie
słuchaliśmy ich uważnie, woleliśmy muzykę.
Wojny stały się jeszcze dziksze, więzienia
cuchnęły bardziej niż dawniej.
Wydaje się, że po władzę sięgnęły małpy.



        Witam po długiej przerwie. Ostatnią notkę napisałem ponad rok temu, ale ku mojemu miłemu zaskoczeniu, blog wciąż żyje, i to dość intensywnie. Okazało się, że Czytelnicy, niezrażeni absencją gospodarza, przejęli moje obowiązki i przekształcili „Dziennik ateisty” w forum dyskusyjne. Bardzo im za to dziękuję – zarówno tym, którzy podzielają moje poglądy, jak i tym, którzy się z nimi nie zgadzają. Kiedy przed czterema laty pisałem pierwszą blogową notkę, zależało mi nie tyle na zdobyciu zwolenników, co na wywołaniu ruchu myśli wokół pewnych idei, które w naszym społeczeństwie mają status oczywistych i niekwestionowanych. I to się udało – dyskusja trwa, nawet bez mojego udziału.

        Cieszy mnie również to, że podobnych miejsc wymiany poglądów jest coraz więcej. Kilka lat temu z trudem udawało mi się odnaleźć w polskim Internecie blogi podobne do mojego, czyli otwarcie ateistyczne – dzisiaj trafiam na nie znacznie częściej, co wynika z rozwoju całej blogosfery, ale również świadczy o rosnącej aktywności osób niereligijnych. Choć z drugiej strony podejrzewam, że ta aktywność w dużej mierze jest reakcją na coraz bardziej duszną atmosferę w naszym kraju, na ciągłe próby ograniczania wolności obywateli, na powrót myślenia w „jedynie słusznych” kategoriach, myślenia tak dobrze znanego wszystkim, którzy pamiętają czasy PRL. Na szczęście władza autorytarna jeszcze nie wróciła, ale to wcale nie znaczy, że nie należy przed nią ostrzegać. Bo przecież demokratycznie wybrani politycy, którzy rządzą dziś Polską, metodycznie i konsekwentnie wyjmują kolejne cegiełki z gmachu naszej wolności. To naprawdę groźna metoda, bo pojedyncza cegiełka jest niewielka i łatwo przyzwyczajamy się do jej braku. Ale pewnego dnia może się okazać, że nasza wolność niepostrzeżenie zniknęła. Niestety, wtedy już będzie za późno.

        Ale co to wszystko ma wspólnego z wiara lub niewiarą w bogów, czyli tematami, którym poświęcony jest mój blog? Otóż bardzo wiele. Kilka miesięcy temu prezydent Polski oświadczył, że chrześcijański czy katolicki system wartości jest jedynym powszechnie przyjętym systemem wartości w naszym kraju i nie ma on alternatywy. Wcześniej w tym duchu wypowiadał się premier, bliźniaczą deklarację można znaleźć w dokumencie programowym głównej partii rządzącej, a w szerszych kręgach władzy podobne poglądy wyrażane są tak często, że nie zwracamy już na nie uwagi. Na przykład dziennikarze i publicyści krytycznie komentujący niedawne zmiany w spisie szkolnych lektur raczej nie dostrzegli niczego niestosownego w tym, że ministerstwo edukacji zaleca szkołom książki, które kształtują postawy patriotyczne i przywiązanie do wartości chrześcijańskich, są nacechowane głębokim humanizmem i wartościami chrześcijańskimi, mają znaczenie dla rozwoju myśli i tradycji europejskiej i chrześcijańskiej (Ciekawe, że w każdej z tych fraz chrześcijaństwo pojawia się jako zwieńczenie ciągu określeń, które z religią nie mają nic wspólnego. Ale na tym polega sztuka ideologizacji języka – społeczeństwo regularnie karmione taką mową będzie wierzyło, że bez chrześcijaństwa nie sposób być patriotą ani humanistą, ani nie można poważnie zainteresować się myślą europejską).

        A jeśli znajdą się rodzice, którzy nie życzą sobie, aby szkoła publiczna kształtowała w ich dzieciach „przywiązanie do wartości chrześcijańskich”? I jak rozwiązać konflikt sumienia tych pracowników oświaty, którzy nie są chrześcijanami, a muszą wypełniać wyznaniowe obowiązki nałożone na nich przez ministerstwo? Odpowiedź na podobne pytanie już padła w mazowieckiej wsi Kroczewo, gdzie przed świętem Bożego Ciała proboszcz zapragnął, aby jeden ołtarz przygotowali nauczyciele. W tym celu ksiądz wydał dyspozycje dyrektorowi miejscowej szkoły, a ten posłusznie wyznaczył kilkoro swoich podwładnych do wykonania tego zadania. Zaciekawiona takimi praktykami dziennikarka „Gazety Wyborczej” zapytała zastępczynię dyrektora: A jeśli któryś z nauczycieli jest niewierzący? Odpowiedź brzmiała: Nie ma takiej możliwości. Przecież szkoła ma imię Jana Pawła II. Zaiste, ta szkoła to cała Polska.

        Polska, czyli kraj, w którym władza wykonawcza i ustawodawcza w licznych wypowiedziach i działaniach, a także w uchwalanych aktach prawnych otwarcie potwierdza przywileje panującej religii, będące spełnieniem jej hegemonistycznych i antypluralistycznych aspiracji. Przedstawiciele władzy łamią w ten sposób konstytucyjne zasady neutralności państwa w sprawach światopoglądowych, równości wyznań i równości obywateli wobec prawa, ale ponieważ robią to codziennie, skutecznie osłabiają naszą wrażliwość na ten rodzaj ich ekscesów – to właśnie jedna z cegiełek, które nam odebrano, i których braku już nie zauważamy.

        Ludzie wierzący, z którymi rozmawiam na ten temat, reagują dwojako: niektórzy dziwią się moim zarzutom i podkreślają, że w naszym kraju katolicy stanowią zdecydowaną większość, co oznacza, że pozostali obywatele muszą się podporządkować, a jeśli nie chcą, to mogą wybrać emigrację. Nie będę dyskutował z tym stanowiskiem, bo potwierdza ono jedynie to, że spora część osób wierzących traktuje uprzywilejowaną pozycję swojej religii jako oczywistość. Zajmę się natomiast argumentami drugiej grupy chrześcijan, którzy podzielają moją krytyczną ocenę politycznego uwikłania religii, ale zwykle odpowiadają w ten sposób: to wina polityków, a nie religijnej wiary; to politycy demonstracyjnie powiewają sztandarem chrześcijaństwa, instrumentalizują religię, czynią z niej ideologię i wykorzystują do swoich celów.

        Myślę, że nie jest to przekonujące wyjaśnienie. Po pierwsze, nie mamy powodów, aby politykom sprawującym dziś rządy w naszym kraju odmawiać autentycznych, nie udawanych motywacji religijnych. Spójrzmy choćby na ich obsesje i fobie (w tym homofobię), związane ze wszystkim, co dotyczy seksu – trudno oprzeć się wrażeniu, że mają one katolicki rodowód. Ale osobista religijność polityków (lub jej brak) nie jest sprawą najważniejszą. Bo nawet gdybyśmy uznali, że dzisiejsze elity władzy zostały opanowane przez ateistów, którzy cynicznie posługują się religią jako jednym z wygodnych narzędzi rządzenia, to natychmiast nasuwa się pytanie, dlaczego religia daje się tak skutecznie wykorzystywać do celów politycznych. Dlaczego Kościół, katolickie autorytety moralne i katolicy jako wspólnota wiernych nie sprzeciwiają się religijnym uzurpacjom klasy politycznej na tyle stanowczo, aby doszła ona do wniosku, że takie działania po prostu jej się nie opłacają? Oto z ust władzy płyną słowa o bezalternatywności „chrześcijańskiego czy katolickiego systemu wartości” – dlaczego środowisko katolików nie broni praw osób, które takich wartości nie wyznają? [Na przykład w duchu zasady: Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego (Mk 12:31) lub Miłujcie waszych nieprzyjaciół (Mt 5:44)]. Oto Sejm sięga po składki emerytów, aby dofinansować budowę wielkiej świątyni – dlaczego nie odzywa się potężny chór kapłanów i wiernych: nie chcemy tych pieniędzy? [Mityczny Jezus zalecał Daj każdemu, kto cię prosi (Mt 5:42), a nie Bierz od każdego, kto ci daje]. Mnożą się procesy o „obrazę uczuć religijnych” – dlaczego osoby wierzące, motywowane powyższymi zasadami, nie wzywają ustawodawców do objęcia ochroną prawną wszystkich uczuć lub do całkowitej likwidacji tego przepisu kodeksu karnego?

        Odpowiedzi na te pytania pozostawiam moim Czytelnikom. Dla mnie świadectwem czystych intencji zorganizowanej religii byłoby jej autentyczne zaangażowanie w obronę cudzych praw i zaprzestanie twardej walki o własne przywileje. Wówczas politycy (pragmatyczni, nie fanatyczni) nie mieliby żadnego interesu w gwarantowaniu lub poszerzaniu tych przywilejów, ani w kokietowaniu opinii publicznej swoją religijnością. Niestety, nie znam przykładów dobrowolnego ustąpienia religii z dominującej i wyróżnionej pozycji w państwie, i dlatego uważam, że jedyną realną szansą na oczyszczenie polskiego życia publicznego z gęstego dymu kadzideł są stopniowe przemiany świadomości społecznej – takie, jakie miały miejsce w wielu krajach zachodniej Europy.

***

        A skoro mówimy o zmianach w społecznej świadomości – być może pewnym impulsem przyspieszającym ten proces będzie głośna książka Richarda Dawkinsa „Bóg urojony”, która niedawno ukazała się po polsku. Właśnie ją czytam, a wszystkich, którzy jeszcze po nią nie sięgnęli, zachęcam do zapoznania się z kilkoma jej fragmentami, dostępnymi na tej stronie.


ateista 2007-06-19 09:55:25
skomentuj (646), a wcześniej zajrzyj na stronę Ateizm - FAQ

Wolność słowa w Polsce, czyli nie wszystkim po równo


Nie zgadzam się z Twoimi poglądami, ale po kres moich dni będę bronił Twego prawa do ich głoszenia

Wolter


        Jeden z prominentnych polskich polityków powiedział niedawno, że w naszym kraju nie ma wolnej prasy, bo dziennikarze są zniewoleni przez właścicieli mediów lub ich mocodawców politycznych. Jeśli istotnie stosunki między dziennikarzami a właścicielami oparte są na zniewoleniu, to polityk ów zapomniał o co najmniej jednym medium, które według jego kryteriów jest wolne – o tygodniku „Nie”. Tak się bowiem składa, że właścicielem, mocodawcą i redaktorem naczelnym „Nie” jest jedna osoba: Jerzy Urban, który również udziela się jako dziennikarz na łamach swego czasopisma.

        Okazuje się jednak, że wolne medium zagraża porządkowi prawnemu – kilka dni temu sąd w rozprawie apelacyjnej prawomocnie uznał Jerzego Urbana za przestępcę. Jego myślozbrodnia polegała na napisaniu i opublikowaniu artykułu, w którym brzydko wyrażał się o Janie Pawle II. Na nic zdały się protesty międzynarodowej organizacji Reporterzy Bez Granic oraz Międzynarodowego Instytutu Prasy, skupiającego głównych wydawców i wybitnych publicystów ze 120 krajów, którzy argumentowali, że tego typu spraw nie powinno ścigać się z oskarżenia publicznego, lecz należy rozstrzygać je w procesach cywilnych. Sam zwierzchnik Kościoła nie tylko nie wytoczył sprawy cywilnej – do czego miał pełne prawo jako polski obywatel – ale w żaden sposób nie zasygnalizował, że czuje się obrażony.

        Jerzy Urban napisał swój artykuł kilka lat temu i kiedy wówczas czytałem ten tekst, przewidywałem, że może on rozpalić namiętności wielu katolików, bo wiadomo, że jest to społeczność gotowa do heroicznej obrony uczuć i wartości, pod jednym wszakże warunkiem – że są to ich własne uczucia i wartości. Byłem więc przekonany, że fanatyczni wielbiciele ówczesnego papieża nie nadstawią drugiego policzka i nie puszczą płazem tej zniewagi. Ciekawiło mnie tylko, jaki zarzut prokuratura postawi Urbanowi, bo polskie prawo chroni uczucia religijne w przypadku, kiedy publicznie znieważany jest przedmiot czci religijnej lub miejsce przeznaczone do publicznego wykonywania obrzędów religijnych. Polskie sądy skłonne są do bardzo szerokiej interpretacji tego przepisu, ale chyba nie do tego stopnia, by uznać papieża za przedmiot czci religijnej. Na szczęście w kodeksie karnym odkryto zapomniany i nieużywany paragraf, pod który można podciągnąć wybryk Urbana – przepis, który zabrania znieważania głowy obcego państwa.

        Okazało się, że obrońcy czci przywódców obcych państw są w Polsce całkiem liczni, choć do tej pory nie dawali znaku życia; nie reagowali, gdy media atakowały Saddama Husajna i Slobodana Miloszevicia, milczeli, kiedy dziennik „Fakt” nazwał Aleksandra Łukaszenkę potworem i zakutym łbem, któremu słoma wyłazi z butów. Zresztą nad prezydentem Białorusi polska prasa wyzłośliwia się niemal codziennie – niedawno „Gazeta Wyborcza” opublikowała karykatury Łukaszenki, które w swej satyrycznej wymowie niczym nie ustępują słynnym już karykaturom Mahometa. Jednak obrońcy godności głów obcych państw znów zapadli w letarg, a stosowny przepis kodeksu karnego zaczyna pokrywać się kurzem. Można odnieść wrażenie, że jest on w zasadzie przepisem martwym, z jednym wyjątkiem: nabiera życia wtedy, gdy dziennikarska nieobyczajność dotyka Jana Pawła II.

        Ale czy można się temu dziwić w kraju, w którym katolicyzm coraz bardziej umacnia się jako religia państwowa? W którym sędzia podczas rozprawy używa określenia „Ojciec Święty”, a więc nawet nie próbuje zachować pozorów neutralności? W kraju, gdzie w budżecie nie ma funduszy na ratownictwo medyczne, ale znajdują się pieniądze na Świątynię Opatrzności? Gdzie planuje się powołanie Narodowego Instytutu Wychowania, który ma opracować i wcielać w życie jednolity, wyznaniowy model wychowawczy?

        Polscy katolicy codziennie mnie przekonują słowem i czynem, że moralne uprzywilejowanie ich wspólnoty religijnej (za którym idą odpowiednie uregulowania prawne) jest dla nich czymś tak oczywistym jak powietrze. Oni mogą obrażać wszystko i wszystkich, mogą określać zwolenników prawa do aborcji mianem zabójców nienarodzonych, mogą wysyłać gejów i lesbijki do gazu, nazywać krytyków Kościoła szczekającymi kundelkami (prymas Glemp), ubolewać nad feministycznym betonem, który się nie zmieni nawet pod wpływem kwasu solnego (biskup Pieronek), porównywać nielubianą partię polityczną do NSDAP (biskup Życiński). Im wolno. Ale wara profanom od katolickich świętości. Kto wypowiada się o nich bez należytego szacunku – srogo za to zapłaci.

        Nie przypominam tych incydentów po to, by nawoływać do wyciągania sankcji karnych wobec ich sprawców. Przeciwnie, protestowałbym, gdyby ktokolwiek miał na to ochotę, tak jak sprzeciwiałem się karze więzienia dla szwedzkiego pastora Ake Greena za jego kloaczne inwektywy wobec homoseksualistów; tak jak protestuję przeciwko procesom sądowym za „kłamstwo oświęcimskie”, mimo iż zaprzeczanie holokaustowi uważam za rzecz ohydną. Po prostu uważam, że słowu należy przeciwstawiać się słowem, a prawo karne jest złym i nieskutecznym instrumentem kształtowania dobrych obyczajów.

        Prawo karne nie sprawdza się w tej roli chociażby dlatego, że sąd, aby wydać sprawiedliwy wyrok, musi mieć jakieś kryteria oceny, pozwalające stwierdzić, czy dany czyn narusza dobre obyczaje. Ale ocena zawsze jest arbitralna, ponieważ kryteria są płynne i subiektywne, co doskonale widać na przytoczonych przeze mnie przykładach – żywy trup z tekstu Urbana porusza wielu polskich katolików, ale szczekające kundelki kardynała Glempa nie sprowokowały ich do głośnych protestów ani do wyszukiwania w kodeksie karnym przepisu, na podstawie którego można by postawić prymasa przed sądem. W środowisku „Tygodnika Powszechnego” odezwało się kilka nieśmiałych głosów, delikatnie sugerujących pewną niestosowność słów kardynała, ale byli też tacy katoliccy publicyści, którzy przyjęli te słowa z uznaniem. W tekście zamieszczonym przez Katolicką Agencję Informacyjną czytamy: Nie bacząc na „szczekające kundelki” – jak barwnie określił ludzi atakujących Kościół, czym zresztą naraził się na wściekłość większości ówczesnych mediów – Prymas konsekwentnie budował pozycję Kościoła w demokratycznym państwie. A więc nie mamy żadnych powodów do oburzenia, co więcej, powinniśmy docenić barwny język kardynała, bohatersko narażającego się na ataki dziennikarzy, którzy swymi wściekłymi reakcjami najwyraźniej dowiedli trafności prymasowego porównania.

        Ale nawet wśród osób, którym to porównanie się nie podoba, nie ma zgody co do skali przewinienia prymasa: czy był to tylko nietakt, drobna gafa, czy też impertynencja, a może nawet wielkie grubiaństwo. Słowa kardynała Glempa oceniane są różnie, ale te oceny padają w otwartej, publicznej debacie, w której nie uczestniczy ani prokuratura, ani sąd. I słusznie, w wolnym społeczeństwie powinniśmy swobodnie dyskutować o obyczajach.

        Niestety, wspólnota katolików godzi się na tę swobodę jedynie wówczas, gdy to nie jej wartości zostały naruszone czy obrażone, dając w ten sposób dowód swego przywiązania do podwójnych standardów moralnych w życiu zbiorowym. W reakcji na wypowiedź, która mocno ich drażni katolicy natychmiast pytają o granicę wolności słowa (z domyślną albo otwarcie sformułowaną sugestią, że ta granica została przekroczona), natomiast nie stawiają publicznie tego pytania, gdy sami obrażają osoby nie identyfikujące się z ich systemem wartości. Najwyraźniej uważają, że tej granicy nie przekraczają – a to znaczy, że kreślą ją w taki sposób, by swojej wspólnocie przyznać więcej wolności niż osobom spoza wspólnoty.

        Polskie prawo sankcjonuje te przywileje – obrażanie uczuć religijnych jest ścigane z urzędu, przy czym żadne inne uczucia nie podlegają ochronie prawnej. Również praktyka prokuratorska uprzywilejowuje katolików, np. prokuratura powinna ścigać z urzędu wszystkie przypadki obrazy wszystkich głów obcych państw, natomiast czyni to wyłącznie w przypadku głowy państwa watykańskiego. Oczywiście nie zachęcam prokuratury do tak rozległej aktywności, raczej apeluję do ustawodawców, by wykreślili ten przepis z kodeksu karnego. Podobny los, moim zdaniem, powinien spotkać artykuł 257 k.k. przewidujący karę więzienia dla tego, kto publicznie znieważa grupę ludności albo poszczególną osobę z powodu jej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej albo z powodu jej bezwyznaniowości... . Prokuratura, która nie interesuje się antysemickimi wypowiedziami księdza Henryka Jankowskiego i nic nie wie o znieważaniu różnych grup na antenie Radia Maryja, zareagowała natychmiast, gdy pojawiło się podejrzenie obrazy pewnej wspólnoty religijnej... czy ktoś zgadnie, jakiej? Oczywiście katolickiej. Przed sądem stanął działacz Kampanii Przeciw Homofobii, który komentując nagonkę na homoseksualistów mówił o jej faszystowsko-nacjonalistyczno-katolickim charakterze.

        Widać więc, że prawo, które w swych zamierzeniach ma chronić różne grupy osób, jest stosowane selektywnie i dziwnym trafem szczególnie ochrania nie tych, którzy są słabi i sami nie mogą się obronić, lecz tych, którzy są silni, liczni, którzy mają wpływy polityczne i są w stanie kształtować rzeczywistość społeczną. A paragraf o uczuciach religijnych w praktyce służy do usuwania ze sfery publicznej treści, które odnoszą się do sacrum w sposób nieakceptowany przez osoby wierzące. Katolikom ta sytuacja najwyraźniej odpowiada – nie słychać z ich strony żadnych apeli o zmianę obowiązującego prawa. Z jednej strony, moralność nakierowana na ochronę przywilejów własnej grupy nie jest czymś wyjątkowym, ale z drugiej strony trzeba podkreślić, że nie jest to moralność szczególnie wysokiej próby.

         Ale czy usunięcie z kodeksu karnego tych przepisów nie oznaczałoby całkowitej swobody obrażania? Oczywiście, że nie, bo każdy z nas ma do dyspozycji prawo cywilne, które chroni nasze dobra osobiste. Przypuszczam, że stanąłbym po stronie Karola Wojtyły, gdyby zechciał wytoczyć proces cywilny Jerzemu Urbanowi – tak jak poparłem księdza Jankowskiego w sporze cywilnym z Pawłem Huelle, choć antysemickie poglądy gdańskiego prałata są mi głęboko obce. Uważam, że wszystkim obywatelom należy się prawna ochrona dóbr osobistych. Zdecydowanie natomiast sprzeciwiam się sytuacji, kiedy z dóbr osobistych czyni się dobro publiczne poprzez kryminalizację i ściganie z urzędu czynów, które co najwyżej powinny być przedmiotem sporów między obywatelami.


ateista 2006-03-20 01:09:07
skomentuj (2153), a wcześniej zajrzyj na stronę Ateizm - FAQ

2009
listopad
2007
listopad
październik
czerwiec
2006
marzec
luty
2005
listopad
październik
wrzesień
czerwiec
kwiecień
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
kwiecień
marzec
2003
grudzień
wrzesień
sierpień