Nikt w Polsce nie przyjmie do wiadomości, że w szkołach nie wolno wieszać krzyży. Nie ma na co liczyć. Być może gdzie indziej tak.
W Polsce – nie.

Lech Kaczyński, prezydent RP

        Europejski Trybunał Praw Człowieka uznał niedawno, że krzyże w szkołach naruszają prawa rodziców do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami oraz godzą w wolność religijną uczniów. Orzeczenie Trybunału wywołało gorącą dyskusję, do której chętnie się włączę, zwłaszcza że nadarza się ku temu okazja: pani Joanna Stanisławska z serwisu wiadomości Wirtualnej Polski zadała mi cztery pytania związane z tą sprawą i zgodziła się, abym opublikował odpowiedzi na moim blogu.

1. Czy jako ateistę drażni Pana obecność krzyży w miejscach publicznych (szkołach, urzędach, sądach etc.)?

        Obecność symboli religijnych w szkołach i urzędach nie tyle mnie drażni, co skłania do refleksji – nad tym, czym jest religia, jak działa w społeczeństwie i do czego motywuje swoich wyznawców. Dyskusja o krzyżach w szkole przypomniała mi inną debatą, sprzed mniej więcej dziesięciu lat, której tematem był krzyż stojący tuż za murem byłego obozu Auschwitz. Konstanty Gebert, ówczesny redaktor naczelny miesięcznika "Midrasz", uznał obecność krzyża w tym miejscu za niewskazaną, z dwóch powodów: Po pierwsze dlatego, że jest to największe na świecie cmentarzysko żydowskie, a zgodnie z tradycją na żydowskich cmentarzach nie powinny się znajdować żadne symbole innych religii. Po drugie dlatego, że niektóre środowiska żydowskie widzą związek między wielowiekową chrześcijańską wrogością do Żydów a hitlerowskimi zbrodniami na narodzie żydowskim. Razi je więc krzyż górujący nad byłym obozem, gdzie mordowali ludzie wyrośli w chrześcijańskiej Europie. ("Wojna krzyżowa" w: "Gazeta Wyborcza", 20.03.1998).

        Widać więc, że symbole mogą budzić różne skojarzenia, przy czym symbole religijne oprócz skojarzeń wywołują uczucia, również negatywne. A długotrwały spór wokół oświęcimskiego krzyża pokazuje, że religie – przekonane o swoim nadzwyczaj korzystnym wpływie na życie społeczne – mają wielkie problemy, by wykrzesać z siebie rozstrzygnięcie, które załagodziłoby konflikt i rozproszyło liczne złe emocje, jakie w związku z tą sprawą nagromadziły się w religijnych sercach. Problemy biorą się stąd, że religie przejawiają tendencję do traktowania relacji z innymi grupami społecznymi jako gry o sumie zerowej: jeśli chcemy coś zyskać, to inni muszą ustąpić (na przykład podporządkowując się naszym wartościom i obyczajom), a jeśli inni postawili na swoim, to znaczy, że zostaliśmy pokonani i coś straciliśmy.

        Spór wokół krzyży jest jednym z gorzkich owoców tej konfliktogennej tendencji. W szkolnej klasie, w gmachu sądu, a nawet w lokalu wyborczym – krzyż ma prawo zawisnąć, jeśli mają zostać uszanowane wartości, uczucia i prawa chrześcijan. A co z uczuciami tych, którym krzyż kojarzy się ze zbrodnią i opresją lub dla których jest oznaką triumfalnej dominacji religii, anektującej wszelkie obszary życia publicznego? No cóż, są w mniejszości, a więc muszą przegrać. Religia bywa delikatną i wrażliwą poetką, kiedy opowiada o własnych uczuciach, ale zamienia się w twardego wojownika, gdy napotyka na swej drodze uczucia obce.

2. Czy krzyże powinny być usuwane, a może powinno się zastosować jakieś inne rozwiązanie, np. takie, by obok krzyża wieszać symbole innych religii oraz niewierzących czy ateistów?

        Padają niekiedy propozycje, aby wieszać wszystko, ale trudno mi uwierzyć, że ich autorzy potrafią sobie wyobrazić wiejską szkołę na Podkarpaciu, w której wiszą zgodnie obok siebie krzyż, gwiazda Dawida i lubiany przez niektórych ateistów niewidzialny różowy jednorożec. Nawet gdyby taka ekspozycja miała szanse realizacji, to chętnie obejrzałbym ją w wielu miejscach – ale nie w szkołach, nie w urzędach. Uzasadnię ten pogląd, polemizując z opinią (a właściwie z częścią opinii) byłego prezesa Trybunału Konstytucyjnego, Jerzego Stępnia, który tak ocenił orzeczenie Trybunału w Strasburgu: Moim zdaniem ten wyrok to przejaw prawa do nietolerancji. Wolność religijna zakłada tolerancję dla innych religii. A tolerancja polega na tym, że godzimy się na wielokulturowość i wieloreligijność w przestrzeni publicznej. Nie narzucamy nikomu swoich symboli, lecz oczekujemy, że będą one tolerowane przez innych. Orzeczenie Trybunału idzie w poprzek tej filozofii. ("Tolerancja także dla krzyża", w: "Gazeta Wyborcza", 8.11.2009).

        Myślę, że oświęcimski spór ze społecznością żydowską dobrze ilustruje postawę głównego nurtu polskiego katolicyzmu wobec wielokulturowości i wieloreligijności, ale doceniam stanowisko Jerzego Stępnia w sprawie kulturowego pluralizmu. Nie zgadzam się natomiast z jego oceną decyzji Trybunału, przede wszystkim dlatego, że jest oparta na nieprawdziwej przesłance: Nie narzucamy nikomu swoich symboli…. Otóż obecność symboli religijnych w instytucjach publicznych jest właśnie takim narzucaniem, bo wszyscy – chcemy czy nie chcemy – musimy korzystać z tych instytucji. Rodzice, którym nie podobają się krzyże w klasach nie mogą nie posyłać swoich dzieci do szkoły, bo w krajach cywilizowanych, również w Polsce, dzieci podlegają obowiązkowi powszechnej edukacji. Jesteśmy skazani na wizyty w urzędach państwowych, bo każdy z nas częściej lub rzadziej musi w nich załatwiać jakieś sprawy. Niestety, bywamy też pacjentami szpitali, choć wolelibyśmy tego uniknąć. Gdy dostaniemy wezwanie do sądu, to nasza absencja nie zostanie usprawiedliwiona, jeśli uzasadnimy ją obecnością krzyża w gmachu tej instytucji.

        Przestrzeń publiczna jest ogromna i daje nam mnóstwo miejsca do swobodnego wyrażania poglądów i nieskrępowanego eksponowania symboli. Zazwyczaj możemy w niej też korzystać z naszego prawa do unikania kontaktu z nieakceptowanymi przez nas treściami czy symbolami (np. możemy nie bywać w pewnych miejscach, nie czytać pewnych książek lub gazet) – ale instytucje publiczne są specyficzną niszą tej przestrzeni, bo ze względu na spełniane funkcje stawiają nas w sytuacji przymusowej. Orzeczenie Trybunału w Strasburgu dotyczy wyłącznie tej niszy, a w zasadzie tylko jej części – szkół publicznych – a więc na podstawie tego orzeczenia nikt nie będzie burzył przydrożnych kapliczek ani usuwał krzyża stojącego na Giewoncie (takie obawy pojawiają się w internetowych dyskusjach). Trybunał zwrócił uwagę, że nieodłączną częścią wolności religijnej, gwarantowanej przez Europejską Konwencję Praw Człowieka jest wolność do niewyznawania żadnej religii, a jednym z jej elementów jest prawo do tego, abyśmy nie byli zmuszani do kontaktu z symbolami zarówno religijnymi, jak i ateistycznymi. Ateiści szanują to prawo i nie wywieszają w klasach swoich jednorożców ani liter "A". Co o tym prawie myśli dominująca religia? Z komentarzy po wyroku Trybunału wynika, że jest ono dla niej czymś egzotycznym i niezrozumiałym.

3. Czy Pana zdaniem Polska jest krajem wyznaniowym?

        Myślę, że wystarczy otworzyć oczy i rozejrzeć się wokół, by twierdząco odpowiedzieć na to pytanie. Panująca religia, wyposażona przez państwo w liczne przywileje, również finansowe, oplata swoim kokonem całe nasze życie publiczne, ma silny wpływ na instytucje państwa i kształt stanowionego w Polsce prawa. Profesor Barbara Stanosz w napisanym przed trzema laty artykule "Państwo wyznaniowe" postawiła tezę, ze w najbliższej przyszłości wyznaniowy charakter polskiego państwa będzie się potęgował, a co najmniej utrwalał. Tak się istotnie dzieje, ale z drugiej strony – być może na zasadzie reakcji – coraz bardziej widoczny jest nurt opozycyjny wobec religijnej dominacji. W ubiegłym miesiącu odbył się w Krakowie pierwszy Marsz Ateistów i Agnostyków, coraz więcej osób zainteresowanych jest apostazją, badania pokazują spadek społecznego zaufania do Episkopatu i księży. Jeśli ten nurt nadal będzie się umacniał, to być może znajdzie się jakaś siła polityczna, która zechce zabiegać o jego poparcie. A wtedy zwiększą się szanse na osłabienie wpływów instytucjonalnej religii w naszym państwie.

4. Czy wyrok wpłynie na polską rzeczywistość i czy pojawią się pozwy z Polski?

        Czas przyniesie odpowiedź na to pytanie. Na razie orzeczenie Europejskiego Trybunału pomaga katolickim hierarchom w realizowaniu strategii oblężonej twierdzy, o czym świadczą efektowne hiperbole w ich komentarzach: zamach na wolność religijną, próba wyparcia religii z życia publicznego, dyktatura relatywizmu, kwestionowanie roli chrześcijaństwa w ukształtowaniu europejskiej tożsamości.

        Dla mnie ważne i cenne jest to, że toczy się dyskusja, bo moim zdaniem swobodna wymiana poglądów bardziej sprzyja zmianie postaw społecznych niż wyroki sądów (choć znam odmienne opinie na ten temat). Poza tym przymus prawny, zakazy i nakazy – to tradycyjne metody religii, po które sięga ona instynktownie, odruchowo i naturalnie. To nie są metody, którymi sam chciałbym się posłużyć, mimo że argumentację Trybunału uważam za uzasadnioną. Sąd może zmusić do usuwania krzyży ze szkół, ale ja bym wolał, by zostały one zdjęte – dobrowolnie i z pełnym przekonaniem – przez tych, którzy je zawiesili.

***

Więcej o sporze wokół krzyża na moim drugim blogu: boklazec.salon24.pl